Będę mamą. Kiedyś.

Ten post będzie wyjątkowo długi, bo obejmie kilka dni. Nie miałam weny, by pisać na bieżąco.

Poniedziałek, 08.12.

Dzień w pracy mijał leniwie i odliczałam czas do końca. Około 15:30 poczułam ból brzucha. Musiałam wyglądać niespecjalnie, bo kolega zapytał czy wszystko w porządku. W toalecie zauważyłam, że delikatnie krwawię. Żółwim tempem doczołgałam się do domu, ból brzucha nie ustawał. Po przyjściu od razu położyłam się do łóżka i zaczęłam szukać w necie informacji na temat objawów ciąży w 6 tygodniu i potencjalnych przyczyn krwawienia (Internet w telefonie – Bogu niech będą dzięki!). Ewidentnie nie jest to dobry objaw. Kiedy moja druga połowa wróciła z pracy i jadła obiad, ubrałam się powoli, by tuż po odłożeniu przezeń miski i łyżki zakomunikować, że idziemy do szpitala, bo niepokoję się tym, co się dzieje. Mieszkamy 7 minut spacerem od szpitala (tak, wiem, miejscówkę do zamieszkania wybraliśmy niezłą).

Szpital, oddział ginekologiczno-położniczy. Z sal słychać płacz niemowląt, po korytarzu spacerują kobiety z brzuchami czasem tak wielkimi, że trudno mi to ogarnąć.

Po trzech próbach zapukania do właściwych drzwi ostatecznie udaje nam się znaleźć właściwą poczekalnię. Przede mną w kolejce jest pani, która, jak się po chwili okazuje, miała urodzić kilka dni temu. Moja kolej przychodzi po około30-40 minutach. Pielęgniarka spisuje dane, pyta o objawy, po chwili przychodzi lekarz i każe się rozebrać. Widzę, że krwawienie się wzmogło. Pierwsze badanie – lekarz potwierdza, że krwawię i zaprasza na łóżko, na USG.

Patrzy w monitor w milczeniu przez dłuższą chwilę. W końcu odwraca ekran w moją stronę i mówi, że nie wygląda to dobrze. „Struktura ciąży jest rozmyta”, nie ma tętna, które już powinno się pojawić. Pęcherzyk jest w nieodpowiednim miejscu macicy i wygląda jakby „chciał się poronić”. Czuję, jak moje oczy wypełniają się wodą. Nie potrafię powstrzymać ścisku w gardle, ani łez zalewających moja twarz. Lekarz nadal bada, mierzy, zmienia perspektywę. Mówi, że w jakimś tam przekroju wygląda to całkiem całkiem. Te słowa dają mi nadzieję. Udaje mi się na chwilę zatrzymać płacz.

W końcu schodzę z łóżka, w ciągłym bólu ubieram się i siadam przy lekarzu.
Mówi, że muszę zostać w szpitalu. Dostanę leki na podtrzymanie ciąży, zostanie mi zrobione badanie na poziom beta HCG jeszcze wieczorem i następnego dnia z samego rana. Rano też wiadomo będzie, w którą stronę to wszystko zmierza. "Możliwe, że niezbędne będzie wykonanie zabiegu".
Każe leżeć, zabrania spacerować.
Na koniec mówi, żebym miała nadzieję.
Mam.

Wychodzimy z gabinetu, jakoś się trzymam, ale gdy tylko widzę mego męża ponownie czuję, jak przeszywa mnie żal, a z oczu leją się kolejne łzy.
Opowiadam mu w skrócie, co wiem.

Pielęgniarka prowadzi nas na salę. Są tu już dwie kobiety, dostaję łóżko między nimi. Jako, że nie mam z sobą nic prócz dowodu osobistego – mąż idzie do domu po niezbędne akcesoria. Pielęgniarka zakłada mi wenflon, pobiera krew, podpina kroplówkę. Dostaję pakiet tabletek. W ubraniu kładę się na łóżko, próbując opanować łzy. Zaczynam się modlić.

Mój mąż przychodzi w chwili, kiedy płyn w kroplówce się kończy. Pani pielęgniarka żegna męża zapewniając, że teraz szpital się mną zajmie, i zaprasza na następny dzień. Odpina mnie od kroplówki i życzy dobrej nocy.
Przebieram się w łazience, widząc, że poziom krwawienia jest niezmiennie wysoki.
Wracam do łóżka. Jest około 21:00. Kontaktuję się jeszcze z mężem, modlimy się razem, choć na odległość, i próbuję zasnąć.
Staje się to jednak niemożliwe. Na korytarzu pielęgniarki i salowe nawołują się dość głośno, co kilka minut do naszej sali wchodzi ktoś z lekami dla którejś z towarzyszek leżących obok lub by sprawdzić, co dzieje się z panią unieruchomioną po operacji.

Czuję, jak wali mi serce i staram się świadomie wolniej oddychać. Oczy, co raz, napełniają się nową porcją łez. Znów zaczynam się modlić. Ufam, że wszystko, co mnie spotyka, jest w rękach Ojca i On nie pozwoli, żeby działo się coś złego. Błagam o tchnięcie życia w nasze dziecko.
Jak wariat czepiam się słów „Jezu ufam Tobie” i powtarzam je milion razy w ciągu tej nocy.
Wiem, że może powołać/przywrócić to życie, jeśli tylko zechce i proszę, by zechciał, poddając się jednocześnie Jego woli. Wiem, że wybierze dla mnie najlepszą drogę.

W nocy kilkanaście razy muszę wstać z łóżka do toalety. Ból i krwawienie nie ustępują.



Wtorek, 09.12.

O piątej trzydzieści przychodzi pielęgniarka i zabiera mnie na ponowne pobranie krwi. Na korytarzu szpitalnym zaczyna się życie. Personel żeński znów pokrzykuje do siebie. Czy one naprawdę nie zdają sobie sprawy, że to nie jest najlepsza pora na darcie się? Tak, jakby pacjentki, które pragną snu w środku nocy, były tu najmniej istotnymi osobami!

Po siódmej salowa roznosi śniadanie. Mnie każe pozostać na czczo. Przed dziewiątą do naszej sali przychodzi gromada ludzi. Około 20 osób, z czego trzech lekarzy (wśród nich ten, który mnie przyjmował wieczorem), pielęgniarka i studenci/stażyści. Jestem druga na liście do odfajkowania. Lekarz dyżurujący, zwracając się bardziej do kolegów niż do mnie, patrzy w kartę ze słowami: „co my tu mamy”. Czytając wyniki na głos komentuje, że "beta spadła i trzeba będzie wykonać zabieg". Moja twarz musi wyrażać coś dziwnego, bo lekarz, który mnie przyjmował mówi, że wspominał mi o takim scenariuszu. Tak, przypominam sobie. Pytam czy mogę… o tym pomyśleć. „Ma pani godzinę. Proszę nic nie jeść”. Gdy przechodzą do łóżka obok wybucham płaczem pod kołdrą. Czyli jednak.

Mam godzinę. Piszę do męża, żeby przyszedł już. Zwlekam się z łóżka po opanowaniu płaczu i idę do łazienki, żeby doprowadzić się do stanu używalności. Spojrzenie w lustro nie pomaga, znów wybucham płaczem i postanawiam więcej na siebie nie patrzeć. W końcu udaje mi się ogarnąć. Z telefonem w ręce wychodzę na korytarz, znajduję kawałek spokojnej przestrzeni i wysyłam smsa do zaprzyjaźnionej, świeżo upieczonej stażystki, przyszłej pani ginekolog. Może rozmawiać. Z trudem, bo emocje są silniejsze i na przemian to wybucham płaczem, to zaciskam gardło, udaje mi się wyjaśnić, po co dzwonię. Mówię o braku tętna płodu, spadającym HCG. Potrzebuję się dowiedzieć czy zabieg „łyżeczkowania” to jest to samo, co aborcja.
Słyszę, że nie i oddycham z ulgą.

Gdy kończę rozmowę pojawia się mój mąż. Opowiadam mu, co wiem i wracamy na salę. Po chwili przychodzi kolejna pielęgniarka i zaprasza nas do gabinetu.
Pyta o decyzję w sprawie zabiegu. Odpowiadam, że wszystko rozumiem, jednak miałam wątpliwości czy to, o czym mówi lekarz to nie jest to samo, co aborcja, dlatego poprosiłam o czas. Pielęgniarka, z autentyczną troską i zrozumieniem informuje mnie, że mam prawo do trzeciego badania krwi i jeśli chcemy, dla spokoju sumienia, można je wykonać w środę rano, a podczas wizyty będzie już wynik. Patrzymy z mężem na siebie i oboje w jednym momencie decydujemy, że tego właśnie chcemy. Kobieta dodaje, że rozumie oraz, że cuda się zdarzają.

Ja wierzę w cuda, dlatego podtrzymuję decyzję o trzecim badaniu.

Wracam na salę, mąż organizuje mi śniadanie.
Przez cały dzień już nikt się mną nie interesuje, za wyjątkiem jednej pielęgniarki, która spytała czy chcę się spotkać wieczorem z psychologiem. Nie chciałam. Mam czas na sen, modlitwę, znów sen i kolejną modlitwę. Około szóstej wieczorem jest drugi obchód. Tym razem tylko dwie lekarki i jakieś trzy studentki. Starsza pani doktor oschle informuje mnie, że niepotrzebnie tracę czas, że się tylko sama wpędzam w stres i że „to nie ożyje”. Próbuję jej powiedzieć, że ja potrzebuję tego czasu, ale ona nie słucha.

Przychodzi też ksiądz z Komunią, którą przyjmuję na szpitalnym łóżku.

Do rana mam czas na sen przeplatany modlitwą. Wysyłam pierwszego smsa do najbliższej przyjaciółki z prośbą o wsparcie duchowe. Proszę też Boga, żeby uczynił cud i pokazał tym wszystkim ludziom wokół, jak jest wielki. A jeśli nie zechce – niech da mi pokój serca. Nazywam też emocje, jakie mi towarzyszą. To przede wszystkim ogromny żal, zawód i smutek. W pewnym momencie czuję ufność.

Usypiam około dziewiątej trzydzieści i przesypiam prawie całą noc.



Środa, 10.12.

Znów o wpół do szóstej pielęgniarka woła mnie na badanie krwi. Potem śniadanie, które tym razem zabieram, ale wiem, że nie mogę go tknąć do wizyty. Jako, że pora jest wczesna, biorę prysznic i doprowadzam się do ludzkiego stanu, żeby wyglądać godnie podczas kolejnej wizytacji.

Są. Dwóch lekarzy i pani doktor z wieczornego dyżuru oraz rzesza studentów. Sąsiadka z łóżka obok dowiaduje się, że może wyjść do domu. Ja otrzymuję informację, że beta spadła. Słyszę, jak pani doktor mówi do kolegów, że „to było wiadome od początku”. Te słowa, forma, w jaki sposób zostały wypowiedziane, nie wiem, czemu, bardzo mnie bolą i zapadają w pamięć. Lekarz dyżurny pyta mnie czy zgadzam się na zabieg. Tak.
Mam nic nie jeść i nie pić.

Wychodzą.

Po chwili pojawia się „moja” pielęgniarka, która powiedziała nam o trzecim badaniu krwi. Teraz opowiada jak wygląda zabieg łyżeczkowania macicy, że jest w znieczuleniu ogólnym, trwa chwilę, mówi, co dzieje się z „materiałem” po zabiegu. Pyta czy chcę pochówku (co wiąże się z koniecznością pobrania części „materiału” do badań genetycznych, opłacanych indywidualnie, następnie zgłoszeniem do USC i otrzymaniem aktu zgonu, a następnie załatwianiem formalności pogrzebowych), czy wolę pozostawić „materiał w szpitalu, gdzie zostanie najpierw zbadany histopatologicznie, a następnie spopielony i pochowany zbiorowo”. Znów potrzebuję czasu na rozmowę z mężem.

Dzwonię, by przyszedł jak najszybciej, przede wszystkim dlatego, że spanikowałam słysząc o narkozie i chcę, by był przy mnie tuż przed i tuż po. Dziękuję też Bogu, że ma szefa, który bez pytania dał mu urlop.

Po rozmowie decydujemy się na pozostawienie szczątków naszego dziecka w szpitalu. Nie zniosłabym konieczności załatwiania dodatkowych formalności.

W pokoju serca wracamy na salę, gdzie pojawiła się nowa osoba, młoda kobieta. Z kontekstu wnioskuję, że także czeka na zabieg. Tego dnia będą trzy. Czekam około godziny i to jest najgorszy czas. W końcu przychodzi „moja” pielęgniarka i prowadzi do zabiegowego. Kiedy każe się rozebrać i usiąść na fotelu upewniam się, że na salę wrócę ubrana lub przykryta. Tak, zadbają o to.

Anestezjolog podaje drugiej pielęgniarce liczbę jednostek do wstrzyknięcia mi przez wenflon. Następnie kobieta nakłada mi maseczkę i po kilku sekundach odpływam. Budzę się na sali, przy mężu, który informuje mnie, że sam zabieg trwał jakieś 10 minut, i że zaraz po mnie zabrano tę drugą kobietę. Przez dwie godziny leżę nieruchomo, głaszcząc jedynie głowę mego przyjaciela opartą o łóżko. Staram się nie myśleć o stracie, choć co jakiś czas emocje biorą górę i zraszam oczy. Ufam jednak, że to, co nas teraz spotkało, ma jakiś sens, choć na razie nie wiem, jaki. Mój mąż powiedział, że widocznie tak miało być, że najwyraźniej Bóg póki co nie pragnie mieć w nas rodziców.

Po pierwszej salowe roznoszą obiad. Jestem porządnie głodna, dlatego z radością przyjmuję talerz zupy, a później dokładkę. Wysyłam męża do domu i obiecuję się odezwać, gdy tylko dowiem się czegoś więcej.

Po drugiej zaczynam się zastanawiać nad sensem mojego bycia w szpitalu. Nic mnie nie boli, nic tu po mnie. Odnajduję „moją” pielęgniarkę i pytam, kiedy po „krótkim zabiegu” mogę wyjść do domu. Dopytuje jak się czuję. Jeśli w porządku – mam się zgłosić do lekarza, który oceni mój stan i zdecyduje. Szukam zatem lekarza dyżurującego. Wymiana zdań jest krótka i niezwykle rzeczowa:

– Czy mogę wyjść dziś do domu?
– A dobrze się pani czuje?
– Tak.
– Proszę iść na salę. Zaraz przyjdę.

Po paru minutach przychodzi pielęgniarka, nie lekarz, zaprasza na ściągnięcie wenflonu, wręcza kartkę A4 z listą rzeczy, które teraz się będą działy (m.in. jak odebrać wypis ze szpitala, kiedy dzwonić po wyniki histopatologii, jak długo będę krwawić po zabiegu, co mi wolno, a czego nie przez najbliższe pół roku). Przede wszystkim mamy nie próbować zajść w ciążę przez kolejnych 6 miesięcy.
Mam się też przejść do sekretariatu po L4.

W sekretariacie są dwie młode dziewczyny. Słyszę, że wypisanie zwolnienia chwilę potrwa, bo koleżanka się uczy. Ja mam czas. Pani pyta: – Ciąża? – Już nie. Chwila milczenia i pani pisze dalej. Potrafię wypowiedzieć to zdanie bez płaczu i ścisku serca. Dobry znak.

Po powrocie na salę piszę smsa do męża, by przyszedł po mnie, po czym zaczynam pakować swoje rzeczy. Po kilkunastu minutach żegnam się z sąsiadkami. Na korytarzu mijam tę jedyną życzliwą i ciepłą kobietę, której pragnę uścisnąć dłoń i podziękować za to, że jest, jaka jest.

I tak oto szpitalna historia się kończy. Przyjdę tu jeszcze po wypis i wynik badań.
Tak też kończy się historia naszej pierwszej ciąży. Choć rwałam się do obwieszczenia wszystkim wokół, że będę mamą, udało mi się dotrzymać naszego postanowienia i teraz wiem, że to było bardzo cenne postanowienie.

***

Z perspektywy kilku dni zaczynają zacierać mi się pewne obrazy, niektórych sama nie przywołuję w myślach.

Będę jednak pielęgnować wyraz twarzy mego cudownego męża z chwili, kiedy dowiedział się o ciąży, a później z momentu, gdy siedział przy mnie i, patrząc mi głęboko w oczy, powiedział, że widocznie tak miało być, że na pewno jest w tym jakiś sens. Jakiś Boży zamysł.
Ufam Mu, że tak właśnie jest.
W głowie mam jeszcze wiele myśli, które na razie tam zostawię. Być może będą tak natarczywe, że przeleję je klawiaturę komputera.

Póki co chyba powinnam zmienić nazwę bloga na NO TO BĘDĘ MAMĄ... KIEDYŚ.

Komentarze

Najczęściej czytane

Nowe odkrycie - mutacja genu PAI-1

Mutacja genu MTHFR a poronienia - nowe fakty

Jestem mamą! Pomimo trzech poronień i polimorfizmów w genach MTHFR i PAI-1